Wrażeniem, które w ostatnim czasie uporczywie obniża moje samopoczucie, jest absmak. Dla – wzorem minister Nowackiej, co w niniejszym tekście udowodnię – leksykalnie upośledzonych: uczucie niechęci wywołane czyimś niestosownym zachowaniem lub żenującą sytuacją. Za takowe wszelako uważam: 1) reformatorskie harce, niebaczących na literę prawa, dysponentek gmachu przy al. Szucha 25 (niestosowne zachowanie) oraz w konsekwencji 2) sprowokowanie niżej podpisanego do uwikłania się w spór, w którym mimo intencjonalnego braku jakichkolwiek z nimi powiązań jawi się stronnikiem Ordo Iuris i Tadeusza Rydzyka (żenująca sytuacja). Jak zdążyłeś się już, drogi czytelniku, zapewne zorientować, przed tobą kolejny akt sagi o oszczędnym gospodarowaniu prawdą przez kierującą resortem edukacji… z, jakżeby inaczej, religią w tle.
Połajanki i deklaracje…
Mało kto dziś pamięta, ale w październiku 2023 r. (z uwagi na zbieżność dat z zaplanowanym na połowę tegoż miesiąca głosowaniem w wyborach parlamentarnych – inicjatywę tę rozpatruję wyłącznie w kategoriach ordynarnego przykładu korupcji politycznej) Ministerstwo Cyfryzacji uruchomiło program pn. „Laptop dla nauczyciela”, w ramach którego pedagodzy nauczający na II etapie edukacyjnym (kl. IV-VIII szkoły podstawowej) otrzymali, opiewające na „zawrotne” 2,5 tys. zł, świadczenie z przeznaczeniem na zakup komputerów przenośnych. Do jawnej niesprawiedliwości, której niewątpliwie doświadczyli wykluczeni z grupy beneficjentów, belfrzy, nie omieszkał, już po objęciu urzędu, podczas wystąpienia w dn. 8 kwietnia 2024 r. w Sopocie, odnieść się, uderzając – skądinąd słusznie – w odpowiedzialną za taki stan rzeczy, a świeżo odsuniętą od władzy przez suwerena, ekipę zjednoczonej prawicy, nie kto inny jak B. Nowacka: „Jestem zdumiona, że wcześniejsi rządzący tak arogancko wybierali sobie grupy, które wspierają, pomijali tych, którzy tak samo są nauczycielami. To świadczy o mentalności poprzednich rządzących”. W przypływie – jak mniemam – powyborczego entuzjazmu zdarzyło jej się dodać: „Dla nas to jest priorytet, żeby nauczyciele byli traktowani równo”.
… a rzeczywistość sobie
Rzecz w tym, że owa deklaracja była tyleż górnolotna, ile na wskroś obłudna. Wszak cel nadrzędny duetu Nowacka-Lubnauer, od jego zarania (indywidualna aktywność każdej z nich na tym polu ma znacznie dłużą historię – czego dowodem inicjatywy: „Świecka Szkoła” z 2015 r. – dzisiejszej sekretarz stanu oraz „Świeckie Państwo” z 2019 r. – jej obecnej przełożonej; szerzej pisałem o tym w tekście „Religijny” obłęd, czyli jak szkodzić, „pomagając”, i jak „pomagać”, szkodząc), stanowiło – niekoniecznie, jak pokazały przypadki, na podstawie i w granicach prawa (o czym w dalszej części) – zdegradowanie statusu szkolnych lekcji religii. I o ile za swoiste preludium realizowanego dziś przez MEN scenariusza uznać można sławetny, a wyemitowany na antenie TVP Info (audycja Studio Polska – 5 stycznia 2019 r.) popis grubiaństwa jednego z członków kierowanego przez tę pierwszą stowarzyszenia, który w swej wspaniałomyślności zawyrokował, iż praktykujący „mogą sobie chodzić do kościoła”, a nawet „wierzyć w Boga albo pokemona”, o tyle za deklarację ideową rzeczonego tandemu śmiało mogłaby uchodzić wypowiedź pewnego, iście „złotoustego”, plenipotenta działającej na rzecz świeckości państwa fundacji (nazwę przemilczę), utrzymującego, że: „Mniej lekcji religii oznacza mniej nauczania magii i rzeczy niestworzonych”, a w którego opinii „religia nie jest nauką i z tego powodu nie powinna w ogóle być przedmiotem nauczania w szkole”. Nie tylko w tym kontekście – wszak sama była przewodnicząca Nowoczesnej wsławiła się onegdaj publikowanymi na stronach Liberté!, wielce wymownymi, blogowymi wpisami: Najwyższy czas wyprowadzić religię ze szkół! (9 marca 2015 r.) czy W dalszym ciągu jestem za wycofaniem religii ze szkół, czyli polemika z polemiką (13 marca 2015 r.) – dzisiejsze jej zapewnienia: „Nie chcemy wyprowadzić religii ze szkół. Konkordat jasno wskazuje, że lekcje powinny być organizowane na ich terenie” (audycja 24 pytania – Rozmowa poranka, Polskie Radio 24, 28 sierpnia 2024 r.), brzmią – że posłużę się eufemizmem – cokolwiek nieszczerze, a forsowane przez resort oświaty, w odniesieniu do lekcji religii, zmiany – w postaci 1) ograniczenia ich liczby, 2) zobligowania dyrektorów szkół do planowania ich przed lub po zajęciach obowiązkowych oraz 3) zaprzestania wliczania oceny końcoworocznej do średniej – traktować należy jako co najwyżej – li tylko ze względu na niesprzyjające okoliczności (warunki kohabitacji) – stan przejściowy.
„Bezstronność” według Nowackiej
Samo, wprowadzane rozporządzeniem Ministra Edukacji z dnia 17 stycznia 2025 r. zmieniającym rozporządzenie w sprawie warunków i sposobu organizowania nauki religii w publicznych przedszkolach i szkołach, zmniejszenie tygodniowego wymiaru godzinowego tychże lekcji, jako że niepoprzedzone działaniami dostosowawczymi i osłonowymi, podczas gdy według ostrożnych szacunków inicjującego zmiany resortu – niesie ryzyko utraty zatrudnienia przez około 10 tys. świeckich katechetów – zdaniem Rzecznika Praw Obywatelskich Marcina Wiącka (wystąpienie do MEN z dn. 5 czerwca 2025 r.) – może rodzić wątpliwości w kontekście zasady ochrony pracy wynikającej z art. 24 Konstytucji RP. Co zrozumiałe, dobitniej działalność B. Nowackiej i jej akolitów w dyskutowanym obszarze kwituje w swoim stanowisku z dn. 20 stycznia 2025 r. Stowarzyszenie Katechetów Świeckich: „Nigdy w historii polskiego szkolnictwa żadna grupa nauczycieli nie doświadczyła takiej dyskryminacji w zatrudnieniu”. I doprawdy, o ile nie jest się piewcą opacznie pojmowanej świeckości państwa (art. 25 ust. 2 Konstytucji RP stanowi: „Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym”; rozwadze czytelnika pozostawiam interpretację, w odniesieniu do tegoż zapisu, zachowań i wypowiedzi minister edukacji), trudno się z taką optyką nie zgodzić. Bo choć niektórym, jak cytowani we wcześniejszym akapicie „eksperci”, trudno ten fakt zaakceptować, łącząca zagadnienia z zakresu m.in. teologii i biblistyki religia jest nauką, a katecheci wszakże, aby znaleźć zatrudnienie w szkole, muszą posiadać odpowiednie kwalifikacje, są nauczycielami.
Tyłem, ale z szacunkiem
Niestety, co należy dodać, a do czego w homilii podczas mszy świętej inaugurującej rok katechetyczny 2024/2025 w archikatedrze Chrystusa Króla w Katowicach, jeszcze jako tamtejszy metropolita, nawiązywał arcybiskup Adrian Galbas, coraz częściej, przy milczącej aprobacie (i nie tylko) dyrektorów placówek, (współ)pracownikami pogardzanymi. – Nieraz bywacie upokarzani – zwracał się do katechetów. – Jakbyście byli gorszą częścią nauczycieli, od jakiegoś gorszego i niepotrzebnego przedmiotu. Jakbyście nie byli wykształceni i przygotowani. Jakbyście byli guślarzami, czarownikami albo wróżbitami – dodawał. Wielu – w tym do niedawna niżej podpisanemu – takie słowa z miejsca przywodzą na myśl syndrom oblężonej twierdzy. Tymczasem rzeczywistość skrzeczy. Nie dalej jak w październiku ubiegłego roku antyklerykalne media rozgrzał temat „zmuszania” uczniów IV Liceum Ogólnokształcącym im. Fryderyka Chopina w Ostrowie Wielkopolskim, nieuczęszczających na katechezę, do przebywania w sali lekcyjnej, w której takowa się odbywała. Sprawę nagłośniła kolejna mająca na sztandarach walkę z religią fundacja, której prezes grzmiała: „Zmuszając uczniów do udziału w praktykach religijnych, dyrektorka liceum łamie prawo”. Wywołana do tablicy, pozostając w defensywie, odpowiadała: „Nikt nie proponuje im praktyk religijnych, mogą mieć słuchawki na uszach i słuchać muzyki, mogą siedzieć tyłem do katechety, przygotowywać się do następnych zajęć itp.” (pokreślenie – RZ). Toż to podręcznikowy wręcz, a nadto płynący z samej góry, przykład szacunku do nauczyciela. Znamienne, że w żadnej z publikacji, do których dotarłem, nie pochylono się nad dalece niekomfortową (żeby nie powiedzieć: uwłaczającą) sytuacją, w którą uwikłany został katecheta…
Wolontariusze (na wzór tych z „Gazety Wyborczej”) poszukiwani
Podobnie nieakceptowalne jest – a posunęła się do tego – ujawniając(!) ową „niegodziwość” – w regionalnym katowickim wydaniu „Gazeta Wyborcza” (Metropolita katowicki Adrian Galbas o katechetach: „To nie guślarze i czarownicy” i Katecheci twierdzą, że bronią praw katolickich uczniów. W swoim gronie przyznają, że chodzi o pieniądze i wygodę) – czynienie zarzutu z cokolwiek uprawnionej, w zmieniającej się dlań rzeczywistości, obawy nauczycieli religii o utratę albo znaczne uszczuplenie dochodów. Doprawdy za gorszące uważam, bo za takowe uznać należy tego rodzaju „dziennikarstwo”: „W oficjalnych wystąpieniach obrońców starego porządku padają argumenty o walce o prawa katolickich uczniów. […] w rozmowach na zamkniętej grupie internetowej katecheci piszą między sobą o zupełnie innych motywach – chodzi im o pieniądze i wygodne dla siebie plany zajęć” – żerowanie na ludzkich emocjach.
Prawo prawem, ale racja musi być po stronie MEN
Obiekcje RPO, wyrażone w przywoływanym wystąpieniu do MEN, nie ograniczyły się wyłącznie do potencjalnego łamania praw pracowniczych, ale także, a może przede wszystkim, do wadliwej konstrukcji prawnej, w oparciu o którą tzw. materia ustawowa (prawo do pobierania nauki religii w szkole publicznej jest elementem wolności sumienia i religii, wyrażonej w art. 53 Konstytucji RP) przekazywana jest na mocy blankietowego (tzn. takiego, które nie zawiera wytycznych dotyczących treści aktu wykonawczego), sformułowanego w art. 12 ust. 2 ustawy z dnia 7 września 1991 r. o systemie oświaty (Dz.U. z 2024 r. poz. 750 ze zm.) upoważnienia do uregulowania w rozporządzeniu, czyli akcie niższego rzędu. Ów artykuł, a w szczególności wyrażenie „w porozumieniu”, był przedmiotem moich rozważań w tekście pt. O religii w szkole, czyli quasi-polemika z pewnym „Redaktorem”; już po jego ukończeniu, przychodząc mi niejako w sukurs, kwestię tę poruszyła, sympatyzująca z opcją aktualnie sprawującą władzę, prof. Ewa Łętowska, podkreślając w komentarzu dla oko.press (Episkopat ośmiesza się, wołając na pomoc Manowską i Przyłębską, ale w sporze z MEN ma niestety rację, 25 sierpnia 2024 r.), iż to „episkopat ma w tym sporze rację. Od strony czysto prawniczej ministra Barbara Nowacka popełniła błąd. Prawdopodobnie usłyszała od doradców, że rozporządzenie może zmienić rozporządzeniem, ale natknęła się na art. 12 ustawy o systemie oświaty z 1991 roku”. Gdybym chciał być bardziej złośliwy, niż na ogół jestem, napisałbym „szach i mat”, tym bardziej że, jak przekonuje była Rzecznik Praw Obywatelskich, ewentualny spór pomiędzy stronami winien rozstrzygnąć sąd lub Trybunał Konstytucyjny, a jak wiadomo, ten ostatni (choć, ze szkodą dla sprawy, chyba w możliwie najbardziej kontrowersyjnym składzie) takowej oceny dokonał (wyrok o sygnaturze akt U 2/25). I kompletnie bez znaczenia są w tym kontekście pohukiwania B. Nowackiej, ignorującej w komentarzu dla PAP (27 czerwca 2025 r.) – „ministerstwo przygotowało odpowiednie rozporządzenia, natomiast uchwała, która jasno określa nasz stosunek do Trybunału Konstytucyjnego, zamyka ten temat” – implikacje art. 87 Konstytucji, w którym wśród źródeł prawa próżno szukać uchwał Sejmu. Oczywiście zawsze w odwodzie pozostaje także – jak miało to miejsce w przypadku prof. Andrzeja Zolla, suflującego rządzącym legalne rozwiązanie kryzysu powstałego w wyniku błędów w liczeniu głosów w wyborach prezydenckich i kontestującego jego pomysł (lekarza!) Władysława Kosiniaka-Kamysza („Bardzo niebezpieczne i destrukcyjne dla państwa”. Kosiniak-Kamysz o propozycji profesora Zolla, tvn24.pl, 28 czerwca 2025 r.) – manewr z wybiórczym uznawaniem autorytetu… I co, mam nadzieję, zrozumiałe, nie chodzi mi o wątpliwą estymę tria „sędziów” TK.
Polska języka, trudna języka
Trwająca w błędzie, niby zaimpregnowana na zdroworozsądkowe opinie, także sprzyjających jej ekspertów, szefowa resortu oświaty okopała się na swoim stanowisku, uciekając w narrację o rzekomym wecie hierarchów kościelnych („Jeżeli jedna strona uważa, że ma prawo weta, no to my się nie zgadzamy z tym prawem weta Episkopatu do rozporządzeń MEN”, PAP, 17 grudnia 2024 r.), którzy – o dziwo (sic!) – wzbraniają się przed jej „kompromisowymi” propozycjami. Tymczasem nawet pobieżna analiza jej wypowiedzi zdradza leksykalne niedomagania ich autorki, które w konsekwencji czynią je – tj. rzeczone wypowiedzi – niejednokrotnie wewnętrznie sprzecznymi (żeby nie napisać: nielogicznymi). Swoisty przegląd rozpocznę od jednego z dwu moich faworytów, lapsusu, który w czasach, gdy na telewizję publiczną zerkałem jeszcze bez wstrętu, byłby murowanym kandydatem do teleexpressowej „złotej czcionki”, a który padł w Porannej rozmowie RMF FM w dn. 31 marca 2025 r.: „W momencie, kiedy ktoś mówi – »nie, my porozumienia nie podpiszemy«, to uważa, że ma prawo weta”. Jest wręcz nieodzowne dla wywodów „sterniczki” rodzimej edukacji „weto”, jest i przedziwna zbitka słowna, której nie sposób pozostawić bez komentarza. Bo cóż, u licha, znaczyć ma „nie, my porozumienia nie podpiszemy”? Że niby utarliśmy stanowiska, znaleźliśmy kompromis, ale nie parafujemy tego, co wspólnie uradziliśmy? Otóż nie – do żadnego porozumienia nie doszło, stąd i nie było czego podpisywać. Wszak „porozumieniem” w rozumieniu B. Nowackiej, czego dowodzi dalsza część jej perory – „to rząd układa politykę oświatową państwa w każdym obszarze” – jest bezwarunkowe przystanie przez adwersarzy na planowane przez MEN zmiany. A o tym, że stanowisko strony kościelnej nie było szczególnie usztywnione, dowiadujemy się chociażby z rozmowy bohaterki niniejszego tekstu z Dominiką Wielowieyską w audycji Poranek Radia TOK FM z dn. 18 listopada 2024 r. Na pytanie gospodyni: „Czy prawdą jest, że Episkopat zaproponował rządowi kompromisowe propozycje w sprawie jednej lekcji religii w szkołach? Dzisiaj mamy dwie. No i zamiast dwóch miałaby być jedna, ale dopiero od 2026 roku?” pada odpowiedź: „Trwają rozmowy. Pojawiają się różne propozycje. Niektóre, tak jak na przykład – to ze strony Episkopatu – obowiązkowa religia lub etyka”. Czyż w świetle powyższego postawa kościelnych prominentów, dysponujących atutem w postaci art. 12 uso, a mimo to godzących się na reformę pod warunkiem odsunięcia jej o 12 miesięcy w czasie i nadania przedmiotowi (już w okrojonym wymiarze godzinowym) statusu obowiązkowego (precyzyjniej rzecz ujmując – stworzenia obligatoryjnej alternatywy etyka/religia), nie wyczerpuje słownikowej definicji terminu „negocjacje”? Generalnie może i tak, ale w świadomości jaśnie nam panującej już niekoniecznie, wszak gdzież wetu do negocjacji. Gama terminów opacznie rozumianych przez panią minister jest zresztą znacznie szersza, czego dowodem drugi z wyselekcjonowanych, tym razem wygłoszony w dn. 11 marca 2025 r. w programie Graffiti (Polsat News), „michałków” – „Episkopat na nasz dialog odpowiada »ale my chcemy obowiązkowej lekcji religii«”. Przyznam, że „nasz dialog” zrazu przywiódł mi na myśl podobnie absurdalną, a skierowaną ongiś przez młodszych uczniów w moją stronę, prośbę o zrobienie im… selfie. Kolejnym pojęciem, którego istota wydaje się przez szefową Inicjatywy Polskiej niezgłębiona, jest, że wrócę jeszcze do przywoływanej już audycji w rozgłośni TOK FM, „kompromis”. Otóż goszcząc u redaktor Wielowieyskiej, B. Nowacka wyraziła pogląd, jakoby „dla dobra Kościoła ta jedna godzina” była „absolutnie kompromisową propozycją”… Usystematyzujmy zatem fakty: w chwili obecnej tygodniowy wymiar lekcji religii opiewa na dwie godziny, a zmiana tego stanu rzeczy bez zgody hierarchów wymaga nowelizacji ustawy o systemie oświaty – czyt. podpisu Prezydenta – która w warunkach kohabitacji, z czego doskonale zdają sobie sprawę obydwie strony sporu – jest mało realna. Ponadto gwarantem obecności katechezy w szkole jest – co przyznała nawet, cytowana już, K. Lubnauer – Konkordat. Przyjmując za Słownikiem języka polskiego PWN, że kompromis to porozumienie osiągnięte w wyniku wzajemnych ustępstw, zgoda znajdującego się w uprzywilejowanej pozycji duchowieństwa na narzucane mu przez MEN, a przy tym niezmienne na przestrzeni rozmów warunki oznaczałaby raczej, aniżeli kompromis, zupełnie niezrozumiałą, zważywszy na nierównowagę sił, kapitulację.
Einstein by się uśmiał
Nie sposób nie ulec przeświadczeniu, że wobec impasu w rozmowach zatriumfowało, pokracznie usprawiedliwiane – „Zarzut, że nie było porozumienia, jest o tyle chybiony, że my mamy obowiązek »dążyć« do porozumienia” (Poranna rozmowa w dn. 31 marca 2025 r., RMF FM) tudzież „Jako rząd zrobiliśmy wszystko, spotykaliśmy się w ministerstwie w ramach komisji wspólnej z Kościołem i związkami wyznaniowymi, ale jeżeli ktoś nie chce się porozumieć, to my nie możemy czekać” (Rozmowa Piaseckiego z dn. 22 stycznia 2025 r., TVN24) – chciejstwo oświatowej prominentki. Na co najwyżej niesmaczny żart zakrawa, sugerujące, jakoby miarą dołożenia wszelkich starań w celu osiągnięcia konsensusu była… liczba spotkań, chronologicznie wcześniejsze z wynurzeń. Jak gdyby kompletnie bez znaczenia dla rezultatu rozmów był fakt, że w ich przebiegu stanowisko MEN nie zmieniło się nieomal – tu dyskretnie nawiążę do Ewangelii (Mt 5,18) – ani na jotę. Albert Einstein (a przynajmniej słowa te są mu przypisywane), stwierdził ongiś, że „szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów”…
Zapowiedziany chaos
Ów pośpiech powodowany był rzekomą troską o dobrostan rodziców, dzieci i nauczycieli religii (sic!), o czym po fiasku kolejnej tury negocjacji, zaimprowizowanej w ramach posiedzenia Komisji Wspólnej Przedstawicieli Rządu Rzeczypospolitej Polskiej i Konferencji Episkopatu Polski w dn. 9 grudnia 2024 r., poinformowała sama minister, przekonując, iż wszystkie zainteresowane podmioty „muszą wiedzieć, co je czeka w następnym roku szkolnym”. Koniec końców dla zamętu, jaki zafundowała – nie tylko wymienionym, ale i chociażby dyrektorom szkół (dwa rozporządzenia zakwestionowane przez – jaki by nie był, także z winy obecnie rządzących, którzy nie znaleźli czasu, aby go zreformować – TK) – swoimi niczym w afekcie podejmowanymi decyzjami B. Nowacka, trudno o jakikolwiek precedens. Ostatecznie to kierujący placówkami musieli podejmować decyzje, czy na koniec roku szkolnego 2024/2025 oceny z religii/etyki wliczać do średniej – jak chciał sąd konstytucyjny, czy też tego nie robić – jak nakazywało MEN. Ci sami (tj. kierujący placówkami) w obliczu przywoływanego już lipcowego orzeczenia TK właśnie teraz, stojąc przed dylematem jedna (trybunał) czy dwie godziny (ministerstwo) religii w tygodniu, planować muszą liczbę etatów przewidzianych dla katechetów od września. Przyznacie – sytuacja nie do pozazdroszczenia. Co osobliwe, w opisanych okolicznościach jednym ze sprzymierzeńców zawiadującej resortem oświaty, przynajmniej w dyskutowanej kwestii, okazała się koalicja… NIE dla chaosu w szkole. Cóż, najwidoczniej w rozumieniu uczestników aliansu chaos jest czym innym aniżeli słownikowy „stan odznaczający się brakiem porządku i nieprzestrzeganiem reguł”…
Rozdwojenie matematycznej jaźni
Tej podobną „swobodę interpretacyjną”, tyle że w odniesieniu do badań sondażowych, wykazuje, wykładająca swego czasu na Uniwersytecie Łódzkim m.in. statystykę opisową, K. Lubnauer, która jak sama przyznała w tekście pt. W dalszym ciągu jestem za wycofaniem religii ze szkół, czyli polemika z polemiką (Blog Liberté!, 13 marca 2015 r.), na początku przygody studentów z tymże przedmiotem raczyła ich cytatem z Marka Twaina: „Są trzy rodzaje kłamstw: kłamstwa, bezczelne kłamstwa i statystyki”. Wtręt ten – co zrozumiałe w artykule – służyć miał zanegowaniu, opartego na wynikach badań statystycznych, a rozstrzygającego spór o przestrzeń, w której miałyby się odbywać lekcje religii, na korzyść szkoły, argumentu. Niemal dekadę później – 11 lutego 2025 r. – już jako sekretarz stanu w MEN, goszcząc w Sygnałach Dnia na antenie Programu 1 Polskiego Radia, celem obrony kierunku forsowanych przez resort zmian bez cienia zażenowania szafowała korzystnymi dlań danymi pochodzącymi ze zrealizowanego przez CBOS w dn. 12–22 września 2024 r. badania pn. „Aktualne problemy i wydarzenia” (413). Dochowując dziennikarskiej rzetelności, nadmienię, iż 69 proc. respondentów tegoż sondażu opowiada się za nieuwzględnianiem oceny z religii w średniej, blisko czterech na pięciu (79 proc.) ankietowanych uważa za słuszne umieszczanie katechezy na początku lub na końcu dnia nauki, a nieco ponad połowa (58 proc.) popiera ograniczenie liczby lekcji religii z dwóch godzin tygodniowo do jednej. „W związku z tym” – jak przekonuje była przewodnicząca Nowoczesnej – „każde z tych działań, które podjęliśmy, ma szerokie poparcie społeczne”.
Sondażowa liderka
W tym miejscu na usta wręcz ciśnie się pytanie: skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Wszelako poczynania Barbary Nowackiej zaprowadziły ją na szczyty zestawień najgorzej postrzeganych przez rodaków ministrów rządu Donalda Tuska. I liczba mnoga w żadnym razie nie jest tu przejęzyczeniem. W sondażu realizowanym na zlecenie Onetu przez pracownię UCE Research w dniach 13–14 czerwca 2025 r. 13,9 proc. respondentów właśnie odpowiedzialną za odcinek oświatowy wskazało jako najsłabiej działającego szefa resortu. Tuż za nią uplasowała się Izabela Leszczyna (12,9 proc.), a podium zamknęła Paulina Hennig-Kloska (10,4 proc.). Niemal analogicznie przedstawiają się rezultaty przeprowadzonego ledwie kilka dni później (17-18 czerwca) badania SW Research dla redakcji „Wprost”, w którym zawiadująca MEN, jako, w opinii ankietowanych, najgorszy z członków Rady Ministrów, zdystansowała (z wynikiem 8,9 proc.) okupujących ex aequo drugie miejsce – Izabelę Leszczynę i Adama Bodnara (po 6,3 proc.). Powyższe warto rozpatrywać w połączeniu z przygotowywanym rokrocznie przez tę samą sondażownię „Rankingiem prestiżu zawodów i specjalności”, w którym poseł na Sejm RP z wynikiem 21,7 proc., wyprzedzany jedynie przez influencerów (13,6 proc.) i youtuberów (13,8 proc.), „cieszy się” trzecim najniższym poważaniem społecznym. Tylko nieznacznie wyżej w przedmiotowej klasyfikacji – dziesiąta lokata i estyma 27,6 proc. badanych – sytuuje się minister. W tej perspektywie owo, przywoływane przez drugą najważniejszą w gmachu przy al. Szucha 25 osobę, „szerokie poparcie społeczne” jawi się niczym jeżdżąca na pstrym koniu przysłowiowa łaska pańska.
Matematyka obowiązkowa i basta!
Zasadniczo nieodpowiedzialne żonglowanie liczbami porównać można do zabawy mieczem obosiecznym. Nie dalej jak 9 stycznia br. do Sejmu RP, wraz z podpisami 25 tys. obywateli, trafiła zredagowana przez Annę Drożdż petycja o zniesienie obowiązkowej matury z matematyki. Na dowód słuszności swojego stanowiska autorka przytoczyła m.in. rezultaty badania CBOS z 2022 r., z których wynika, że ponad 60 proc. uczniów neguje obligatoryjność takowego egzaminu. Zdaniem wnioskodawczyni: „Niebywałe jest, że młodzi ludzie w wieku 18 lat mogą głosować, kupić legalnie: papierosy, alkohol, mogą uprawiać hazard, a nie mogą […] dokonać wyboru przedmiotu obowiązkowego”. Oddolnie, bo jakżeby inaczej, zainicjowany akt demokracji semibezpośredniej – takowym jest petycja – znajdujący uzasadnienie w stanowiskach RPO, RPD, HFPCz oraz krajowego konsultanta ds. psychiatrii dzieci i młodzieży, Departament Kształcenia Ogólnego MEN (sygn. DKO-WEK.4041.35.2025.MR) skwitował uderzającym wręcz pustosłowiem: „Egzamin maturalny z matematyki na poziomie podstawowym to jedyne rzetelne narzędzie służące weryfikacji poziomu wiadomości, a także umiejętności uczniów, m.in. w zakresie kompetencji matematycznych. Bez tych narzędzi nie będzie żadnej możliwości wyciągnięcia jakichkolwiek wniosków służących kształceniu”. Gdyby w przytoczonej powyżej urzędniczej mowie-trawie matematykę zastąpić religią, uprzednio nadając tej ostatniej status przedmiotu egzaminacyjnego (o co przez lata bezskutecznie zabiegał Kościół), rozwianiu mogłyby ulec dylematy – „[…] lekcje religii nie podlegają również wizytacji urzędników państwowych. Nie wiemy więc, czy dzieci są bezpieczne, w jaki sposób są uczone, co jest im przekazywane przez katechetów i księży” – którymi w rozmowie z Arkadiuszem Gruszczyńskim dla „Gazety Wyborczej” (To biskupi eskalują konflikt z rządem, 10 września 2024 r.) dzieliła się wyraźnie „zaniepokojona” minister Nowacka.
Odwrócone „ludzkie pany”?
Naturalnie znajdą się malkontenci gotowi zbagatelizować zarówno owe 60 proc. kontestujących przymus składania egzaminu maturalnego z matematyki, jak i 25 tys. sygnatariuszy wezwania do zmiany obecnie obowiązujących abiturientów zasad. Wszystkim im (tj. malkontentom) przypomnieć pragnę, że do intensywnie wspieranej (w odróżnieniu od petycji A. Drożdż) przez znaczną część mediów głównego nurtu ongisiejszej inicjatywy „Świeckie Państwo” B. Nowackiej i jej środowisku politycznemu udało się przekonać raptem 40 tys. rodaków, a według opinii K. Lubnauer 58 proc. entuzjastów zredukowania liczby godzin szkolnej katechezy do jednej w tygodniu stanowi „szerokie poparcie społeczne”. Czas pokaże, choć niżej podpisanemu od jego zarania towarzyszy przekonanie graniczące z pewnością, iż podzieli los próby „antymatematycznego przewrotu”, jak kierownictwo resortu oświaty obejdzie się ze wspólnym przedsięwzięciem Instytutu na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris, Stowarzyszenia Katechetów Świeckich i Fundacji Centrum Wspierania Inicjatyw dla Życia i Rodziny pn. „Religia zostaje w szkole”, a nade wszystko z pół milionem(!) jego apologetów.
Strategiczna autodestrukcja
Nie doszłoby zapewne do tej swoistej próby sił, w tym i mojego „dziennikarskiego” wzmożenia, gdyby oświatowe decydentki wsłuchały się w jakże uniwersalną, a jednocześnie, przy odrobinie dobrej woli, łatwą w implementacji radę prof. Łętowskiej: „Spory z Kościołem potrafiły skuteczniej załatwiać władze PRL. Trzeba trochę negocjować, coś obiecać, trochę ustąpić i sprawę załatwić. Siłowanie się na rękę w wykonaniu MEN nie jest zbyt dobrą strategią”. Choć z drugiej strony trudno przesądzać, gdyż tylko Bóg jeden raczy wiedzieć, jak w ich słowniku definiowane są terminy: negocjować, obiecać i ustąpić…
* * *
Rafał Zalcman - ojciec, mąż, nauczyciel z przekonania i wyboru, chocianowianin bez wzajemności. W przeszłości związany z „Edukacją i Dialogiem”. Inicjator i organizator Ogólnopolskiego Konkursu „Pasjonująca lekcja religii”.